Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Marzyciel Szkic powieściowy.djvu/222

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
— 222 —

— Jasiu, nie narażaj się! Pamiętaj, że masz żonę i dzieci! — i trwożliwie wyglądała na peron. Popisywała się również cała menażerja zawiadowcy, a wreszcie starsi zasiedli do preferansa, matrony znowu obsiadły kanapy, zaś młodzi wśród śmiechów i wrzawy zabawiali się w „chodzi lis koło drogi”, „piecu, piecu proszę cię w kumy”, w „zakonnicę” i w inne, również niewinne, gry i zabawy wielkopostne.
Tylko Józio nie brał w niczem udziału; siedział milczący, zatopiony w rozmyślaniach i — upatrzywszy stosowną chwilę, wyniósł się cichaczem i poszedł spać.
Soczkowa czekała napróżno do rana.

XIV.

Niebo jeszcze gorzało purpurą i czarniawe pola, kałuże, rowy pełne wody i błotniste drogi krwawiły się, jakby przysypane dogasającem zarzewiem, ale dzień już się obsuwał na dno modrych zmierzchów i tężał w słodkim uśmiechu zamierania. Surowy chłód zawiewał z pól i rozpościerał się nad światem wraz z głęboką cichością, w której coraz rozgłośniej dudniły przelatujące pociągi, coraz przeciąglej grały trąbki dróżnicze i coraz przenikliwiej rozlegały się świsty parowozów.
Na stacji wybłyskiwały światła i zapanował wielki ruch, bo „miasto“ ściągało na osobowy tak licznie, że zrobił się jakby raut pod gołem niebem,