Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Marzyciel Szkic powieściowy.djvu/109

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Nie może mi się tylko w głowie pomieścić, co pan mówi o Kaczyńskim! Przecież on z wachmistrzem zapanbrat i z wszystkiego się wyśmiewa!
— Zdarło się chłopisko aż do podszewki! Cóż pan chce? Oddał całe życie i całą fortunę dla sprawy, i wszystkie marzenia djabli wzięli! A przytem bieda… ma rubelka na dzień, żonę i sześcioro dzieci; wyżyj pan z tego! Nic dziwnego, że go gryzie wszystko i że troski zalewa. Pod dozorem jest jeszcze ciągle, to i z różnemi figurami się przyjaźni, aby go nie wyleli z posady!
— A ona podobno nie nasza?
— A nie nasza, i dzieci też, przywiózł je zdaleka! Baba z piekła rodem i prawowierna do szpiku. Byłem kiedyś u nich. Powiadam panu, jakby mnie kto pałą uderzył w ciemię, tak mnie zamroczyło. W mieszkaniu mają nawet porządnie i czysto, ale po rogach wiszą złociste ikony, a na ścianach portrety w koronach i kokosznikach, a dzieci chodzą w czerwonych rubaszkach. Nieszczęsny człowiek! Nie bronię go, tylko mi strasznie żal! Psiakrew, ta polska dola!
Zaklął i, dźwigając z trudem potężny brzuch, huknął grzmiąco na robotników:
— Wstawać, psiekrwie! Do roboty! Kaczyński, nie śpij pan! zaczynamy!
Kaczyński jął się przeciągać ociężale, a Soczek, zlewając pod światło ogniska resztki krupniku do pękatej butelki, również zakrzyczał: