Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Marzyciel Szkic powieściowy.djvu/110

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Świderski na maszynę! Rób pan parę, zaraz ruszamy!
Ludzie zaczęli się zbierać przed maszynami a ruszać dosyć senną i bezładną falangą, zaś dozorca, niby pies owczarski opędzał całe stado, krzyczał, poganiał kijem i pięściami a siarczyście przeklinał.
Tylko Józio nie ruszał się z miejsca i drzemał wpatrzony w rozżarzone głownie.
Wicher prawie ustał, lasy szumiały coraz ciszej, zamieć już tylko niekiedy, jakby przez sen, wzdymała się w kłęby, zasypując dogasające ognisko.
Niebo pociemniało i śniegi jęły się nieco wyłaniać i majaczyć posępną, nieskończoną szarością; roztoczyła się głucha i cicha noc, jakby zmordowana wyczerpaniem i sennością, tylko chwilami zajęczały żałośnie druty telegraficzne, niby zbolałemi palcami trącane, albo gdzieś daleko, w jakichś wsiach niedojrzanych, zaszczekały psy.
Ale przy zasypanym pociągu wrzała gorączkowa praca i nieustanny ruch; światła pochodni, dokoła pozatykanych, jeszcze się niekiedy szarpnęły, rozsiewając krwawe, migotliwe brzaski, w których mrowiły się tłumy robotników i błyskały żelazne łopaty, wybuchały gwary i nawoływania, świsty parowozowych gwizdawek przeszywały powietrze, sapały ciężko maszyny, szczękały koła, rozlegał się głuchy łomot buforów, rozbijających resztki zasp, dozorca krzyczał coraz to w innej stronie, a sypki, monotonny odgłos wyrzucanych śniegów