Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Marzyciel Szkic powieściowy.djvu/108

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Za jaką godzinę weźmiemy się do roboty! Ustaje i wiatr coś mięknie, ma się na odwilż. Kaczyński, nie śpij pan!
— Kto śpi na biwaku, ten czuwa za wszystkich! — mruknął Kaczyński, zapalił zagasłą fajkę, pociągnął parę razy i znowu zadrzemał.
— Czy naprawdę on był w powstaniu? — pytał Świderski, nachylając się ku dozorcy.
— A był, ma nawet wspaniałe dokumenty!
— Dokumenty! To niby świadectwa, co?
— A tak! Plecy i boki zorane nahajami, jak zbronowane pole! A w dodatku pokłuli go bagnetami, parę razy przestrzelili, potem trochę podyndał, ale że się szczęśliwie oberwawszy, to dla dokończenia kuracji powędrował na piętnaście lat do katorgi. A teraz odpoczywa sobie szlachcic na tłustej posadzie starszego robotnika, którą mu wyżebrała jego żonka!
— To wprost nie do uwierzenia!
— Sam patrzałem na niejedno, uważa pan dobrodziej!
— To i pan też był…
Aż się zachłysnął z podziwu i zdumienia.
— A cóżeś pan myślał, że ja całe życie tylko chamów biłem po mordach, albo na jakim ciepłym przypiecku kury macałem! Żyło się, panie, kiedyś inaczej, żyło się bujnie, chmurnie i górnie, i wzięło się za to niezgorzej po łbie! Spytaj się pan Raciborskiego; on powie, jak to z nami bywało!