Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Marzyciel Szkic powieściowy.djvu/104

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


w ciemnościach, roznosił się zapach przypiekanych kiełbas, krążyły flaszki z gorzałką, ludzie zasiadali dokoła, ściskając się coraz ciaśniejszym kręgiem, aż parowały ośnieżone kapoty — jeden już drzemał, rozebrany ciepłem, wódką i znużeniem, inny pojadał, zwolna i rozważnie napychając kiszki, inny się społecznie ugwarzał, inny ściągał buty i, siedząc w kuczki boso na śniegu, suszył przemoczone onuce lub wyprażał nad ogniem gadziny z kożucha — a wszyscy cierpliwie czekali na przejście zawiei, aby się zabrać do odkopywania zasypanego pociągu.
Urzędnicy i służba pociągu siedzieli oddzielną kupą, zabawiając się między sobą. Soczek przyrządzał krupnik i opowiadał niesłychane przygody z polowań i tak łgał nadzwyczajnie, aż wszyscy pokładali się ze śmiechu.
— Daję wam słowo honoru, że mówię prawdę! — krzyczał, rozlewając krupnik w skwapliwie podstawiane szklanki. — Niech Świderski powie!
— Łżyj, bracie, co się zmieści, ale krupniku nalewaj do pełna!
— Opowiedz, jak to zabiłeś te trzy dziki jednym strzałem.
— Albo o tym zającu, który uciekł przed twoim psem na wierzbę.
— A może o kuropatwach na stawie!
— Wszystko to fraszki, małe ptaszki! Opowiem wam, co mi się zdarzyło jesienią. Żarty na bok! Świderski może potwierdzić, jechał wtenczas