Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Marzyciel Szkic powieściowy.djvu/105

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
— 105 —

ze mną. Prowadziłem pociąg gospodarczy. Muszę się przyznać, że zawsze wożę na maszynie swoją pukawkę. Niewiadomo bowiem dnia ani godziny! Wyjechaliśmy z Rudki bardzo wcześnie, po wschodzie, jeszcze siwa rosa leżała na trawach. Ciągnąłem siedemdziesiąt osi, naładowanych podkładami; pod górę na pięćdziesiątej czwartej wiorście ciężko było, maszyna robiła bokami, jak koń… Naraz trąca mnie Świderski i krzyczy: kot! kot! Przecieram oczy, patrzę — śmiga, jucha, ku plantowi; dałem gwizdkę, żeby nie wpadł pod koła, nie spłoszył się, rżnie prosto na maszynę. Myślę sobie: wygarnę do niego, a nuż… Strzeliłem — kot bęc, ani grzebnął nóżką! Przyniósł go Świderski… stary gracz, uszy miał potrzepane śrucinami. Byłem rad, że żonie przywiozę niespodziankę. Zwaliliśmy podkłady na sześćdziesiątej, i tylko co ruszyłem, pokazuje się od lasów koziołek, sypie prosto na pociąg. Powiadam wam, aż mnie w dołku ścisnęło: zahamowałem maszynę, strzelbę do oka… czekam… serce łomocze mi, jak młot… a on sadzi… rżnie, psiakrew, przez zagony, jak kołyska, podpuściłem go na strzał i, chociaż było ze sto kroków, gruchnąłem w samą komorę. Nie krzyknął nawet: Jezus, Marja, i gotowy! Chwała Ci, Panie, na wysokościach! Ledwieśmy go wtaszczyli na tender. Posłałem go swojemu naczelnikowi, nie mógł się nadziwić! Ale czy uwierzycie, że to jeszcze nie wszystko! Jak Boga kocham, to był poprostu cudowny dzień, bo tylko co dałem parę i pociąg