Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Marzyciel Szkic powieściowy.djvu/103

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— On się tylko zna na oczyszczonej, albo na herbacie z limonom!…
— Dumna sztuka! Tak nosa zadziera, że mógłby już nim dostać słoniowi do ogona! Instrument jerychoński! — zaklął dozorca.
— Boi się usiąść, żeby mu porteczki nie wyszły z fasonu.
— Ważna osoba, nie przystępuj bez kija! — dogadywali złośliwie.
— Konieczno, co ważna osoba! Putiejec, a my dla niego nie kompanja! — ozwał się z głęboką powagą wachmistrz, wygrzebując szablą upieczone ziemniaki.
Spojrzeli po sobie i rozmawiali już ciszej; robiąc coraz ostrzejsze uwagi, a czujnie zezując na obie strony.
Tylko Józio nie zważał na nikogo, siedział skulony i sennemi oczami patrzał w ogień, wesoło trzaskający. Setki ludzi tłoczyły się dokoła niego, sine twarze majaczyły w czerwonych brzaskach, gwar rozmów wrzał ustawicznie, a nad głowami wisiało posępne, ołowiane niebo, dziko szumiały bory i biły rozsrożonemi czubami, czasem zawyła nagle zawierucha i na rozjarzone, ciche kolisko zwalały się skłębione tumany śniegów, a wicher uderzał niby jastrząb, aż rozlatywały się głownie, jak wylękłe, ogniste ptaki, przewracali się ludzie, przygasły płomienie, powstawał zamęt i krzyki, ale po chwili wszystko się uspokajało; znowu burzyło się ognisko, chlustając krwawemi fontannami