Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Marzyciel Szkic powieściowy.djvu/100

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Miał oczy pełne zamarzłych łez, i serce, pełne bolesnej skargi.
A gdy się znalazł w czystem polu, jakby na samem dnie skłębionej nocy, gdy zawierucha zawyła mu nad głową groźnemi głosami, a wichry zaczęły go bić i szarpać nim, jakby oderwaną gałęzią, i miotać po zaspach i dołach, rozgniewał się, pogroził pięścią w niebo i zawołał:
— Głupie bydlę! Głupie! Głupie! — wrzeszczał z pijackim uporem i powlókł się dalej nieprzytomny i pijany, jak cały świat, jak ta zwichrzona zamieć, jak te bory, rozkołysane i krzyczące w nieustannej walce, jak te złe, szalejące wichry! Bo dokoła niego wszystko już było niczem, ruchem, krzykiem i zmaganiem się dzikich potęg, wszystko było walką, zamętem i szałem — a wszystko jednako biło w jego roztęsknioną duszę i wyło w niej krzywdą doznaną i strasznym, żalnym płaczem.
— Dlaczego? Dlaczego? — jęczał niekiedy, wlokąc się coraz wolniej, gdyż nogi mu się plątały i poczuł się tak znużonym, że przysiadł pod jakąś zaspą i, wsłuchany w szumy zawiei i w niemilknącą gędźbę lasów, zasypiał słodkim, kojącym snem — a bory mu śpiewały jakieś tajemnicze cudowne opowieści, a wichry szeptały jakieś upragnione, święte echa i, gładząc go pieściwie po twarzy, zasypywały miękkim, puszystym, białym całunem…
Na szczęście, przebudziło go zimno, zerwał się i uciekł dalej, leciał z zamkniętemi oczami, śmiertelnie już znużony i śmiertelnie senny.