Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Marzyciel Szkic powieściowy.djvu/099

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Zerwał się w jakiejś chwili, zatoczył błędnemi już oczami i wybełkotał:
— Urżnąłem się, jak świnia!
Zaśmiał się smutno, rozpaczliwie, machnął ręką i wyskoczył z wagonu.
Noc go otuliła w lodowaty płaszcz wichrów i śnieżycy, nawet nie poczuł tego, nie wiedział bowiem, co się z nim dzieje. Powlókł się nieprzytomnie w rozszalałą topiel zamieci.
— A ja sobie głupi roiłem! — załkał naraz boleśnie, smutek ścisnął mu serce i oczy napełniły się gorzkiemi, żałosnemi łzami.
Poczuł się zupełnie pijanym, więcej jednak, niźli wódka, oszołomił go gryzący jad zawodu, a przygody tej dziwnej nocy jęły się w nim skłębiać w taki chaotyczny wir, że już zgoła nie wiedział, co było rzeczywistością, a co tylko marzeniem, ale nim zdołał zrozumieć cośkolwiek, zapomniał o sobie i o całym świecie. Rozejrzał się nieprzytomnie po ślepej, skołtunionej nocy i ruszył bezwiednie w kierunku swojej maszyny…
Przechodził wzdłuż zasypanego pociągu i zaglądał w każde oświetlone okno, jakby kogoś wypatrując po korytarzach i wagonach, ale przez zamarznięte szyby majaczyły tylko jakieś obce, groźne twarze i jakieś oczy błyskały tak złowrogo, że cofał się z przerażeniem i szeptał coraz ciszej i żałośniej:
— Nie poznała mnie księżniczka! Nie poznała!