Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Marzyciel Szkic powieściowy.djvu/098

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Boże, co za porządki! Zagranicą byłoby to wprost niemożebne! — jęczał głos.
— I zagranicą padają śniegi! — odrzucił szyderczo.
Przy sąsiednim stoliku roześmiano się z tej odpowiedzi, a on tak był przemarznięty, zmęczony i zarazem onieśmielony tem towarzystwem i bliskością księżniczki, że skoro garson przyniósł wódkę, przypiął się do niej żarliwie i pił kieliszek za kieliszkiem. Zwróciło to powszechną uwagę; jakieś panie przyglądały mu się przez szkła, czyniąc przytem głupie a złośliwe komentarze, a kilku panów przysiadło się bliżej, zawiązując rozmowę na temat zamieci. Józio chętnie odpowiadał, a pragnąc zwrócić na siebie chociażby przelotne spojrzenia księżniczki, stawał się coraz swobodniejszy, mówił głośno i dowcipkował.
Ale biała księżniczka nie raczyła go nawet zauważyć, wciąż zajęta rozmową z grubym panem i jakby wielce rozbawiona.
A Józio, podniecany wódką, otoczeniem i jej obojętnością, plótł już, co mu ślina przyniosła, opowiadał nawet jakieś pocieszne a tłuste dykteryjki kolejarskie, z których się zaśmiewano, trącał się z każdym, kto chciał, pił naumór, wznosił jakieś tajemnicze zdrowia, wybuchał co chwila śmiechem i tak porwał wszystkich i rozbawiał szaloną werwą, że otaczali go coraz ciaśniejszem kołem.
Tylko księżniczka wciąż nie zwracała na niego uwagi.