Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Marzyciel Szkic powieściowy.djvu/101

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Aż nagle olbrzymie ognisko, niby drzewo płomieniste, wyrosło tuż przed nim, i otoczyli go ludzie.
— Panie Józefie, czekamy na was! Wyżerka godna, jadła po pachy! — wołał Soczek, ciągnąc go za rękę do ogniska.
— Co się z panem stało? — mówił ktoś drugi.
— Naczelnik już miał posyłać ludzi, żeby pana odkopali.
— Jasiek! lej, chamie, gorzałkę dla pana kasjera!
— A może pan woli mieszaninkę: koniaczek, anyżówkę i gorące piwo, co?
— Araczku dać mu dla smaczku, a śledzika na ząbek.
— Może piwa prosto z lodu. Albo krupniczku, no, rzeknij pan słowo…
— I kiełbasy prażonej na węglach z pieczonemi ziemniakami!
— I co pan tylko rozkaże! Bufecik zaopatrzony wspaniale! — krzyczano na niego ze wszystkich stron.
— Cóż pan tak oczy wytrzeszcza, jak kot na gorącym popiele.
— A bo sierota wstawiony! Jedzie od niego gorzałeczką, a może nawet i czemś lepszem! — krzyczał Soczek.
Józio się nie odezwał, ale, jakby nieco oprzytomniawszy, usiadł przy ogniu pod osłoną łopat, wbitych w śnieg i tak gęsto przeplecionych gałę-