Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Marzyciel Szkic powieściowy.djvu/095

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


głuszyła wszystko, a każdą wyrzuconą łopatę śniegu wicher powracał całym tumanem.
Pociąg tonął coraz głębiej, już tylko z niektórych wagonów błyskały światła, większość była zasypana po dachy, maszyna ugrzęzła cała w zaspie, tylko komin sterczał ze śniegów, buchając od czasu do czasu dymami. I po paru godzinach wyczerpującej walki żywioł zwyciężył, ludzie rzucali daremną pracę i kulili się pod wagonami, pochodnie gasły jedna po drugiej, niektóre porywał wicher, migotały jeszcze przez chwilę w kurzawie, jak krwawe żagwie, i przepadały.
Tylko w zasypanym pociągu panował zupełny spokój.
Józio przedostał się na korytarze, lękliwie zazierając do przedziałów; były prawie puste, gdyż większość pasażerów stłoczyła się w wagonie restauracyjnym, ale tam wejść nie śmiał i dopiero z plantu zajrzał przez okna.
Biała księżniczka siedziała w licznem i niezmiernie rozbawionem towarzystwie, trącano się kieliszkami, co chwila wybuchały śmiechy, twarze jaśniały zadowoleniem, a garsoni wciąż kręcili się z butelkami, obwiniętemi w serwety, i dolewali nieustannie.
Szyby były zahaftowane arabeskami mrozu, że patrzał, jak przez lodową taflę, dosyć wyraźnie widział, iż jakiś gruby pan z kieliszkiem w ręku mówił coś do księżniczki; trąciła się z nim, pod-