Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Marzyciel Szkic powieściowy.djvu/094

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


kiedy runął jakby grzmot. To jakiś olbrzym walił się strzaskany, niekiedy przelatywały nad maszyną oderwane gałęzie, a chwilami, gdy ustawał wrzask wichury, lasy huczały głuchym, posępnym bełkotem, napełniając noc gędźbą jękliwą, jakoby skargą konających drzew, żałosnym lamentem zniszczenia, zgrozy i śmierci.
Dojeżdżali, parowóz ryczał już, niby okrętowa syrena i, przysapując ciężko, toczył się coraz uważniej, gdyż niedaleko przed nim, zamiast sygnału, wybuchał olbrzymi kierz zwichrzonych płomieni, okryty krwawo-czarną otęczą dymów, skier i zamieci. Józio, nie czekając, aż maszyna stanie, skoczył na plant i poleciał do pociągu, stojącego o kilkadziesiąt metrów dalej. Naftowe pochodnie, pozatykane z obu stron przekopu, dymiły żałobnie, jakby nad czarną, wpół zasypaną trumną, ludzie mrowili się dokoła, ledwie dojrzani. Wicher świszczał i nieustannie zamiatał, co chwila tworzyły się wiry, pękające z przeraźliwym szumem, przetaczały się białe kłębowiska i ślepiły spienione, szalejące kurzawy. A nad tym białym grobem bór huczał złowrogo, z jękiem przeginały się drzewa, skowyczały wiatry i wrzało, jak w kotle, przysłoniętym konwulsyjnie rozmiotaną śnieżycą.
Dozorca biegał, rozkazywał i groził, ale nikt go już nie słuchał; przemarznięci, śmiertelnie umęczeni ludzie poruszali się sennie, niepodobna było zresztą usłyszeć ani jednego słowa komendy, burza