Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Marzyciel Szkic powieściowy.djvu/096

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


niosła na niego fiołkowe oczy i uśmiechnęła się dziwnie radośnie.
— A ja sobie marzyłem! — zaskarżył się Józio przed duszą własną i, skulony na śniegu, zasypywany kurzawą, bity wichrami, stał, niby pies bezdomny, wpatrując się w oświetlone okna i jakby skamląc o zmiłowanie księżniczki.
A cudna była, jak marzenie — i jak w marzeniu, gdzieś poza lodową szybą zaklętego jeziora, majaczyła jej twarz, przecięta królewskiemi brwiami, jej purpurowe usta, fiołkowe ogromne oczy i czarne, zaplecione nad czołem warkocze.
Jak w cudnym, nigdy nieziszczonym śnie, uśmiechała się słodko biała księżniczka!
I jak w czarodziejskiej bajce, królowała biała księżniczka w jakiejś złotej grocie, pełnej kwiatów, słońca i wesela, ani nawet przypuszczając, że nad nią szaleje zawierucha, wyją huragany i cały świat dygoce w przerażeniu, a jakieś biedne, marzycielskie oczy modlą się do niej w niemem uwielbieniu.
Naraz cała chmura śnieżycy przetoczyła się przez niego i runęła na wagon, poślepły nagle zasypane okna, i Józio zerwał się i jakby oprzytomniał.
— Na szczęście, nikt mnie tu nie widział! — pomyślał, rozglądając się dokoła. — To przecież śmieszne wystawać pod oknami! Śmieszne! — Trzeźwił się szyderstwem, ale, że zrobiło mu się strasznie zimno, postanowił wejść do wagonu na wódkę.