Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Marzyciel Szkic powieściowy.djvu/040

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Odruchowo zaczął się rozbierać, ale, zdjąwszy kołnierzyk i marynarkę, zapomniał o tem, co miał zrobić, i znowu wparł się oczami w mapę, gdyż w plątaninie linij kolejowych, w chaosie nazw, zarysów granic, rzek, gór i krajów widniały podkreślone czerwonym ołówkiem nazwiska stolic niektórych, jakby tajemnicze, wiecznie kuszące wołania przestrzeni.
Paryż, Londyn, Madryt! Rzym!
I niby rubinowe wrota, rozwierały się przed jego olśnionemi oczami, niby święte wrota rajów, o których dusza śpiewała nieukojoną pieśń tęsknoty.
Wcisnął się w fotel i, powtarzając te nazwy z najgłębszą tkliwością, zamknął oczy i oddał się we władną i słodką moc marzenia.
Pociągi przelatywały z hukiem, trzęsły się ściany, szczękał klosz lampy, świsty rozdzierały powietrze, potężny rytm nieustannego ruchu przenikał go nawskroś, i po jakimś czasie zdało mu się, że już pędzi całą siłą pary…
Nie otwierał oczów, a widział przesuwające się z szaloną szybkością ciche krajobrazy nocy zimowej, przeogromne, zaśnieżone pola, niebo, zasiane blademi gwiazdami, uśpione, zaledwie dojrzane wsie, niekiedy jakaś stacja jawiła się na mgnienie, niby zbłąkane widmo, i przepadała, czasem w mrocznych pustkach zagrały łuny nad jakiemś miastem nieznanem, i znowu była tylko noc nieprzenikniona, milczenie i słupy telegraficzne uciekały wtył jakby jeszcze gwałtowniej, i uciekały posępne lasy, i ucie-