Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Marzyciel Szkic powieściowy.djvu/041

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


kały pola, odziane w śnieżne całuny, a pociąg wciąż pędził naprzód z rozszalałym krzykiem potęgi.
Józio całe godziny unosił się tak gdzieś w nieokreślonych lotach marzeń i, ukołysany rytmicznym, monotonnym hukiem kół, zasnął znużony. Wkrótce zagasła lampa, Frania spała w drugim pokoju tak cicho, jakby bez oddechu, na dole zapanowało już głuche milczenie, tylko z linji odzywały się niekiedy trąbki dróżnicze i pod oknami nieustannie przelatywały pociągi: leciały zgorączkowane, ziejące parą i iskrami, rozmigotane światłami, zadyszane — i niby huragany rozlatywały się na wszystkie strony świata i ginęły w posępnej ciszy mroków, że tylko bure, skołtunione dymy tłukły się po oknach…
Dopiero nad ranem pierwsza przebudziła się Frania.
— Co pan tak marudzi, już strasznie późno! — zaczęła sennie grymasić.
Nie słyszał, spał, mocno wciśnięty w głęboki fotel.
— Żeby całą noc czytać! Kiepski warjat! — mruczała, zasypiając zpowrotem.
Obudził się dopiero o ósmej, jak zwykle, tylko bardziej zdenerwowany, niż zwykle, łaził po mieszkaniu jakiś zły i chmurny, spoglądając z urazą na Franię, która cichutko narządzała herbatę, nie śmiejąc ust otworzyć.
— Łazisz, jak zmokła kura, i nawet nie zakrzekorzysz! — zadrwił zniecierpliwiony.