Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Marzyciel Szkic powieściowy.djvu/039

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


lonym albumami widoków, przewodnikami kolejowemi całego świata, Bedekerami, i nie wiedział, co zrobić ze sobą! Bezradnie błądził oczami po pokoju, zarzuconym rupieciami, próbował przeglądać albumy, szukał niecierpliwie na półkach jakiejś książki, to grzebał między stosami papierów, i wszystko leciało mu z rąk, i wszystko zarówno go nudziło.
— Mikado jedzie! A ja! A ja! — powtórzył z nagłym wybuchem gniewu.
— Czy pan mnie woła? — spytała Frania, zaglądając do pokoju.
— A tak, tak! Idź spać, już późno! Ja jeszcze trochę poczytam…
Niepokój nim zatargał, że jak nieprzytomny tłukł się po pokoju i rozbijał o sprzęty i graty, zalegające wszystkie kąty, wreszcie wpił głodne, zgorączkowane oczy w mapę, rozwieszoną na ścianie, i zwolna grążył się w niej, i tak przepadał w tęsknej kontemplacji, że nie słyszał krzątania się Frani, nie wiedział, że długo stała w progu, nie śmiejąc się odezwać, nie słyszał nawet przelatujących pociągów i świstów, jakby go porwał jakiś wicher kosmiczny i poniósł nad jakieś morza, rozmigotane w słońcu, i nad jakieś lądy, podobne do sinych chmur, że leciał, niby ptak, oszalały rozkoszą lotu i błądzenia w nieskończonościach.
— Panie Józiu! już bardzo późno! — zawołała lękliwie Frania.
— Zaraz idę, zaraz…