Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Marzyciel Szkic powieściowy.djvu/033

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— I wesoły jak zawsze! — Rzucił nieznacznie gazetę na kapelusz Frani.
— A jużci, schlał się jak nieboskie stworzenie, i teraz wyprawia takie brewerje, pani go zamknęła, bo się już brał do bicia, sama siedzi se przy mnie w kuchni, a popłakuje i wyrzeka. Jabym się ta nie dała chłopu krzywdzić i poniewierać, nie! — rozpowiadała, zastawiając stół.
— Cóżby Magdzia zrobiła? — Patrzył niespokojnie na okrycie Frani, leżące na kanapie.
— Co? A jakby mi się upił, tobym go tak sprała, żeby mu się na drugi raz odechciało! Ale moja pani to jeno rączki łamie, lamentuje a boskiego zmiłowania czeka! A kajże to ten drugi pan? — przyglądała się podejrzliwie.
— Śpi w tamtym pokoju, zaraz go obudzę…
— To widzę, taki pan, co nosi kobiece obleczenie! — Dojrzała okrycie i, buchnąwszy śmiechem, uciekła, aż pod nią zadudniały schody.
— Żeby cię djabli, rozgada zwierzę po całym domu! — Zrzucił okrycie w kąt. — No, chodźże! — zawołał niecierpliwie, otwierając drzwi.
Ale Frania nie wyszła, stała przed portretami, wiszącemi na ścianie.
— Panie Józiu, a co to za facet ten — w siwej peruce?
— To mój pradziad.
— Pewnie jakiś aktor — że tak ślicznie ubrany. A gdzie on teraz pokazuje komedje?