Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Marzyciel Szkic powieściowy.djvu/034

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Na tamtym świecie! — Roześmiał się z jej naiwności.
— A ta pani, to ma dopiero fest przedsięwzięcia, no, mogłaby wykarmić całą stację! — wykrzyknęła przed portretem jakiejś damy, wspaniale wydekoltowanej.
— Głupiaś! — mruknął, niemile dotknięty.
— I te wszystkie książki pan przeczytał? — pytała zdumiona, wlokąc palcem po grzbietach książek, poustawianych na półkach.
— Naturalnie! Może co zjesz? Przyniosłem zająca z buraczkami, są i borówki…
— A zagraniczne też pan czyta? — Z trudem sylabizowała jakiś francuski tytuł.
— Wszystkie — pocóżbym je trzymał?
— To prawda, co mówią na linji, że pan umie po niemiecku, a nawet parlefranse?
— Prawda. Chodźże, tam zimno, jak w psiarni…
Drzwi za nią zamknął i zaczął spacerować, a Frania zabrała się do jedzenia dosyć łapczywie, ale nie miała apetytu i odstawiła wszystko na okno.
— Przecież zajączek nie hulnie przez szyby, co? A rano będzie wsuwa — że no!
Nie odpowiedział, zasiadła znowu do cerowania, podnosząc co chwila na niego oczy, pełne cichego podziwu.
Józio chodził nieustannie, ale niekiedy przystając przy oknie, patrzył w noc, na czerwone światła uciekających pociągów, i wzdychał jakoś tęskliwie.