Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Marzyciel Szkic powieściowy.djvu/032

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


przepędza, póki gdzie pod płotem nie zdechnie! Używam, aż mi to już bokami wyłazi. Pan myśli, że taka, jak ja, to już nic nie czuje, ani rozumie?… Przecież niezawsze wytykali mnie palcami… niezawsze byłam taka ostatnia… taka… — Naraz zaniosła się płaczem i chwycił ją suchy, rozdzierający kaszel.
Przyniósł jakieś lekarstwo i bardzo troskliwie zakrzątał się koło niej.
Uspokoiła się wkrótce, wytarła oczy i rzuciła mu się na szyję.
— Tylko pan Frani nie ukrzywdził, tylko pan jeden jest dobry, taki poczciwy, taki święty! taki kochany! — wołała, okrywając go namiętnemi pocałunkami.
Na dole zerwała się jakby wściekła burza, rozlegały się nieludzkie wrzaski, brzęki tłuczonego szkła i rozbijanie mebli.
Wyrwał się z jej uścisków, gdyż do drzwi ktoś zaczął się dobijać.
— Schowaj się do tamtego pokoju, prędko! — Zamknął za nią i dopiero poszedł otworzyć drzwi.
Zasapana Magdzia wniosła na tacy obfitą kolację.
— A to pani przysyła i dla tego pana, który przyjechał.
— Jedliśmy, ale zostaw. Cóżto u was za zabawa?
— A pan wrócił ze służby i tak se ano balują…