Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Marzyciel Szkic powieściowy.djvu/029

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— A o czem mam marzyć?… — Zajrzał zbliska w jej oczy, oblała się rumieńcem, zrobiła ruch, jakby chciała mu się rzucić na szyję — i uciekła spłoszona.
Wzruszył ramionami, nie rozumiał bowiem jej troskliwości o siebie, ni jej płonących oczów, ni nawet bardzo wyraźnych słów!
Cała stacja wyśmiewała się z jej miłości, a on tak był pochłonięty czemś innem, że nawet niczego się nie domyślał.
Frania zamknęła za nim drzwi na dwa spusty.
— Już się tu jakiś parzygnat dobijał ze trzy razy.
Ze zdziwieniem rozglądał się po własnem mieszkaniu.
— Tiens! Lampa nie kopci, sprzątnięte, poustawiane, cuda prawdziwe!
Rzuciła mu się na szyję z gwałtownością.
— Prawda, że teraz ładniej? Prawda, że i Frania na coś się przyda? A tak się śpieszyłam, żeby tylko zdążyć. Jutro upiorę firanki, będzie ślicznie…
— Mów ciszej, na dole wszystko słychać! — szeptał, głaszcząc ją po jasnych, puszystych włosach i całując w oczy.
— Mocniej, panie Józiu, trochę mocniej! Lubię, jak mnie kto całuje tak, że to aż tchu braknie i ciarki chodzą po skórze, strasznie lubię! — szeptała, cisnąc się do niego.
— I ja lubię, ale jestem dzisiaj spracowany, jak wół. — Odsunął ją dosyć niechętnie.