Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Marzyciel Szkic powieściowy.djvu/030

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Moje biedactwo spracowane, moje złociste klejnoty! — mówiła współczująco, ale dojrzawszy jego zimne i zniecierpliwione oczy, stanęła zmieszana i onieśmielona.
— A może da pan klucz, to sprzątnę ten ostatni pokój…
— Nie potrzeba, daj lepiej herbatę.
Zasiedli przy okrągłym stole do kawalerskiej kolacji, ale Frania nie mogła usiedzieć na miejscu, zapełniając całe mieszkanie szelestem spódnic, śmiechem i przyciszonym szczebiotem. Ładna była, wysmukła i bardzo zręczna, miała twarz zdumionego ciągle dziecka, szerokie usta i niebieskie, wypukłe oczy o złotych rzęsach, które patrzyły z jakiemś psiem przywiązaniem, gotowe już na każde jego skinienie.
Po herbacie Józio zabrał się do czytania gazety, a ona, zasiadłszy naprzeciw w głębokim fotelu, naprawiała bieliznę.
W mieszkaniu było cicho, ciepło i jasno; wilgotna, zaśnieżona noc zaglądała przez okna, z długim, przeszywającym świstem przelatywały pociągi, aż szyby brzęczały, i drgał płomień lampy, niekiedy głucho zaklekotał pęknięty dzwon stacyjny, a czasami przedzierał się przez podłogę srebrzysty dźwięk wybijanych zwolna godzin.
— Strasznie mi tutaj dobrze! — szepnęła, rozglądając się dokoła z lubością. Mieszkanie było prawdziwie kawalerskie, po odrapanych ścianach spacerowały karaluchy, z okopconego sufitu opadł