Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Marzyciel Szkic powieściowy.djvu/028

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Czy zejdzie pan na kolację? — Gorącą prośbę miała w głosie.
— Nie mogę dzisiaj, czeka na mnie kolega.
— Kolega? Byłam pewna, że to pan wrócił, bo ktoś tam spacerował. Magdzia poleciała na górę, ale ten kolega nie otworzył i ani się odezwał.
— Może już spał! Przyjechał z Warszawy bardzo znużony.
— To niechże i pan zaraz się położy. Musi pan być niewyspany, do czwartej czekałam, aż ucichnie w tym tajemniczym pokoju, nie mogłam również spać… Któż słyszał markować po całych nocach! Wygląda pan coraz mizerniej…
— Zaczytałem się nieco i ani spostrzegłem, jak wybiła czwarta.
— Jeśli przeszkadza zegar, to każę go na noc przenosić do kuchni.
— Bardzo go lubię, w nocnej ciszy rozlega się, jak srebrny, daleki dzwon.
— Nie brak tam panu czego? A czy Magdzia porządnie sprząta?
— Jak anioł! Dziękuję pani za wszystko.
— Chciałabym, aby panu było u nas dobrze… — szepnęła z naciskiem.
— I jest mi, jak w raju. — Pocałował ją w rękę, przytrzymała ją na chwilę, gderząc śmiesznie spieszczonym głosem.
— A proszę zaraz iść spać… nie czytać… i o niebieskich migdałach nie marzyć…