Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Marzyciel Szkic powieściowy.djvu/026

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Uścisnęli sobie ręce, lady Kaśka skinęła mu głową, świst maszyny rozdarł powietrze, i pociąg ruszył zaraz, z miejsca nabierając ostrego pędu. Józio szedł wraz z nim kilkanaście kroków, ostentacyjnie wymachując kapeluszem.
— Pan ma ciekawe znajomości! — zauważył z pewną ironją zawiadowca. Józio, uśmiechając się smętnie, odpowiedział jakoś niedbale, odniechcenia.
— Poznałem ich kiedyś w Paryżu czy też na Rivierze…
— Cóż, nie przejeżdżała jeszcze ta pańska nieznajoma księżniczka?…
— Mam pewne wiadomości, że przyjedzie w tych dniach! — odwrócił oczy, gdyż zawiadowca uśmiechał się dziwnie, jakby drwiąco.
— Ale pan ma szerokie stosunki! — ściągał uroczyście białe rękawiczki.
— Dosyć, przecież kolej nie jest dla mnie całym światem!
— Mnie to nawet dziwi, że panu się chce służyć! — drwił już otwarcie, ale Józio, nie zważając na przycinki, ozwał się melancholijnie:
— Może już niedługo, może nawet prędzej, niźli pan przypuszcza.
— Ale tymczasem, niech pan przyjdzie do nas na herbatę i małego preferka. Będzie i panna Irena! — uśmiechał się znacząco.
— Bardzo żałuję, ale już się komuś na dzisiaj obiecałem…