Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Marzyciel Szkic powieściowy.djvu/020

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


storję, powiadam panu, to przechodzi wszelką imaginację! Od robotnika zaczynał, a teraz bogacz, miljoner! Po angielsku mówi, jak z nut, po francusku ekspedite, gębę rozdziawiałem, jak cielę na kościelne wrota! Taki Miętus, taki prosty parobek, panie dobrodziejski! A lady Kaśka, powiadam panu, dama, prawdziwa dama! Gęsi, panie tego, u mnie pasała, a omal nie pocałowałem jej w rękę! Poszliśmy na kolację, postawił białego, postawiłem i ja po staremu jedną i drugą kapkę, trudno, bydło u mnie pasał, a ja, panie tego, z postępem…
Józio uśmiechnął się jakoś dziwnie, szlachcic naraz zrobił srogą minę, wziął z pudełka garść papierosów i rzekł z głęboką, szczerą goryczą:
— Ale za tę konfidencję srogo zapłaciłem! Wyobraź pan sobie, co mi ten cham zaproponował, gdyśmy już nieco podchmielili.
Józio podniósł na niego zaciekawione oczy.
— A to, ni mniej — ni więcej, tylko, że mi daje posadę u siebie, w Ameryce! Posadę dyrektora stajni! Powiada, szlachta polska zna się na koniach! Uważa pan! Ja dyrektorem stajni jaśnie wielmożnego Miętusa, ja!…
Józio zaczął się śmiać.
Szlachcic zerwał się z kanapki, ujął go za klapę i wzburzony zakrzyczał:
— Pan jesteś Józef Pełka, syn pana Ambrożego Pełki z Wolicy?
— No, tak, a w dodatku pomocnik kasjera i parob kolejowy… — ironizował.