Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Marzyciel Szkic powieściowy.djvu/021

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Więc pytam się, coby pan odpowiedział takiemu chamowi, co?…
— Pocałowałbym go w rękę i błagał, żeby mnie wziął choćby za pastucha… Byle tylko pojechać daleko, jak najdalej i jak najprędzej! — wybuchnął niespodzianie.
Szlachcic poczerwieniał, nabrał nową garść papierosów i, otwierając drzwi, rzekł, ledwie już dysząc z wściekłości:
To pocałujże go pan w nos! Tfy, z taką szlachtą.
Ale Józio nie słyszał, ni nawet zauważył jego wyjścia, ogarnięty nagle zbudzoną tęsknicą ucieczki gdzieś, w świat szeroki… Siedział nad papierami, jak martwy, patrzył w mrok rozdrgany, opadający śniegiem, i olśnioną duszą unosił się na skrzydłach tęsknoty, leciał cichemi miotami błyskawic coraz dalej, na wszystkie lądy, na wszystkie morza, w nieskończoność!
— Jesteś! Znowu jesteś! — jęknął naraz, zrywając się jakby do ucieczki, zakręcił się po pokoju, bezwiednie ubrał się w palto, włożył czapkę i padł na kanapę, zmożony bolesną męką marzenia.
Pociągi przelatywały z hukiem, aż dygotały ściany i brzęczały okna, mrok wsączał się do pokoju, mrok szary, posępny i przejmujący zimnem, a Józio wciąż leżał, marząc bezładnie o krajach dalekich, o morzach, nieobjętych wzrokiem, o miastach wspaniałych i cudach niewypowiedzianych.