Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Marzyciel Szkic powieściowy.djvu/019

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


zaraz i chętnie, gdyż i tak całe dnie wałkonił się, przesiadując na stacji.
— Czy to prawda, co pan klarował o tych Anglikach?
— Najprawdziwsza. Macie papierosa? bo zapomniałem swoich w domu. Może się pan przekonać, jeszcze siedzą na sali, czekają na ekspres! A jakże, lord-Miętus jeździ tylko ekspresami! Wspominał, że po drodze wstępują do Nizzy na parę tygodni, bo lady Kaśka czuje się nieco zmęczona naszym dzikim klimatem! Uważa pan dobrodziejski! Ha! ha! ha! — aż się pokładał ze śmiechu na ceratowej kanapce.
— To mówił pan z nimi?
— Wczoraj, w cukierni. Oko mam niechybne i poznałem ich, jak tylko weszli. Myślę sobie, korona mi z głowy nie spadnie, jak się przywitam, podchodzę tedy i mówię prosto z mostu: Walek, jak się masz chłopcze?… Parsknął mi śmiechem w oczy, poklepał po ramieniu i powiada najspokojniej:
— Niezgorzej, ale z tobą, Kaziu, coś ciężko, podobno już wyprzęgłeś!…
Dziw, że mi się bebechy nie przewróciły, myślałem, że mnie zła krew zaleje, a ten, jakby nigdy nic, przedstawia mnie swojej żonie i podaje krzesło. Cóż miałem robić? Awantura z chamem i w miejscu publicznem! Myślę sobie, djabli wiedzą, może to takie amerykańskie obyczaje, niech go tam drzwi ścisną. Usiadłem, opowiedział mi swoją hi-