Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Marzyciel Szkic powieściowy.djvu/018

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Czy ja mam dużo czasu! — parsknęła śmiechem. — Ależ będziemy się bawili, dokąd pan tylko zechce! Muszę przecież nieco oporządzić sierotę…
— To masz klucz! Przyjdę dopiero po ekspresie. Spirytus stoi za szafą, maszynka w kominie, a herbata i cukier tam, gdzie zawsze, a może chce ci się jeść?
— I jak! jechałam na glanc bez jednego grdynia. Wie pan, wyleli mnie z pociągu, wsiadł łapacz i bali się brać mnie na gapę. Musiałam czekać na drugi pociąg. Niech pan prędko przychodzi, moje śliczności. Franka tak prosi…
Wdzięczyła się, ale nagle chwycił ją suchy, ostry kaszel, aż się zaniosła.
— Znowu jesteś zaziębiona! Masz trochę gotówki, kup co na kolację.
Wykaszlała się i, obcierając oczy, mówiła napół z płaczem:
— Doktór radził mi wyjechać na parę miesięcy do Zakopanego, powiada, że to z nieporządnego życia. Wesoła małpa, co? I jabym potrafiła wylegiwać się po całych dniach, jak te klępy na stacjach! A może się na mnie złożą moje facety! — wybuchnęła naraz długim, drwiącym śmiechem. — Dostanę, ale chorobę i bezpłatny przejazd do szpitala — rzuciła ciszej, i odeszła.
Józio spojrzał na nią ze współczuciem, zamknął kasę i zabierał się do pisania, ale spostrzegłszy szlachcica na peronie, kiwnął na niego, przyszedł