Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Marzyciel Szkic powieściowy.djvu/017

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


A chociaż szlachcic znany był z koloryzowania, uwierzono mu jednak i, jakby mszcząc się za zawód, patrzano ze wzgardą na tę parę i odwracano się do niej plecami, a prezesowa powiedziała bardzo głośno:
— Naturalnie, byle parobek, jak ma pieniądze, może udawać lorda.
Tylko Józio ucieszył się z tego odkrycia i chciał się z nimi poznajomić, ale woźny przyleciał po niego i musiał iść do kasy.
I znowu stał przy swojem okienku, i znów najrozmaitsze ręce wyciągały się po bilety, padały prędko nazwy stacyj, brzęczały pieniądze, trzaskał monotonnie stemplujący aparat, i Józio znowu pracował, jak automat.
Nie miał nawet czasu wyjrzeć na pociąg, więc, załatwiwszy ostatniego pasażera, z przyjemnością przeciągał spracowane kości, gdy wsunęły się znajome ręce w pocerowanych, czarnych rękawiczkach.
— Słowo daję, nie miałem czasu wyjść po ciebie — tłumaczył się skwapliwie.
Frania wsadziła w okienko twarz zarumienioną.
— A kuku! Mogę zostać, co? Spotkałam tych bubków z linji, powiedzieli, że pan w Warszawie, chcieli mnie zmanić do siebie, ale — niema głupich, mają na trzech jedną kołdrę i dwa sienniki! Strasznie się cieszę, że pana zastałam!
— Dużo masz czasu? — pytał trochę niespokojnie.