Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Marzyciel Szkic powieściowy.djvu/009

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Co panu nalać? Może piołun z kroplami? W sam raz na dzisiejszą pogodę.
— To już wolę czarną kawę i pani towarzystwo.
Usiadł po drugiej stronie stolika i zajrzał w robótkę, którą miała w ręku.
— Naturalnie patarafka — i dla księdza wikarego!
— Dla kogo innego… ale niech pan zobaczy, jaka śliczna…
— Rzeczywiście zachwycająca, trawka błękitna, gniazdko różowe, a ptaszki cynamonowe! Cudne, aż mi się chce kichać.
Podniosła oczy z takim wyrzutem, że się zmieszał.
— Jaki pan dla mnie niedobry, jaki niedobry! — wdzięczyła się kapryśnie.
— Ależ jabym dla osoby poświęcił już nie wiem co! — zawołał patetycznie.
— Nieprawda, ani nawet tycia! — Pokazała mu koniuszek czerwonego języka i, wsparłszy się obfitym gorsem o brzeg stołu, patrzyła wyzywająco.
— No, i cóż, panie Józiu? — zagadnęła po długiej chwili.
— Co? a poniedziałek już od samego rana, panno Marychno!
— I marzec od pierwszego marca! — Zaśmiała się, uderzając go włóczką. Za szafami wybuchnęła dosyć burzliwa sprzeczka i ktoś zawołał: