Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Marzyciel Szkic powieściowy.djvu/008

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Zazdrość nim szarpnęła, odszedł od okna i zajął się liczeniem kasy, a kiedy się znowu odwrócił, pociągu już nie było, tylko śnieg padał coraz gęściejszy, już się bieliły dachy magazynów i ziemia między lśniącemi, czarnemi niciami szyn. Nudnie było na stacji, druty telegraficzne jęczały rozpaczliwie, rezerwowa maszyna latała, jak oszalała, z rozdzierającym, przenikliwym świstem, gdzieś z pod magazynów rozlegał się głuchy i brzękliwy dźwięk popychanych wagonów, na piętrze u naczelnika zagadał fortepian i popłynęły gamy, młócone już bez końca i miłosierdzia.
Józio zamknął kasę i właśnie rozmyślał, co zrobić ze sobą do pośpiesznego, który przychodził dopiero za godzinę, gdy woźny przyniósł mu telegraficzną notę.
— „Przyjadę pośpiesznym, czekaj na stacji“ — przeczytał, zmiął i rzucił na ziemię.
— Zwali mi się na łeb, niewiadomo dlaczego! Nie prosiłem jej przecież!
Myślał gniewnie i poszedł do bufetu, ale i tam było pusto, i nudnie, za szafami grało w zechcyka paru kolejarzy, gęsto przytem popijając; popatrzył przez chwilę na grę i stanął bezradnie przed bufetem, przyglądając się błyszczącym szklanym kloszom i grupie butelek, ustawionych na środku dokoła sztucznej palmy.
Bufetowa, siedząca zboku przy małym stoliku, spytała żywo: