Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Marzyciel Szkic powieściowy.djvu/007

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


jętnie, jak szary, nic nieznaczący tłum, a tylko niekiedy, bardzo zresztą rzadko, gdy mignęły w okienku jakieś białe, pachnące rączki, przywierał do nich całującemi spojrzeniami.
I całą godzinę przez otwarte okienko wciąż się wyciągały ręce przeróżne, migając mu nieustannie przed oczami; były piękne i brzydkie, stare i młode, nieszczęsne i triumfujące, ręce-szpony i ręce-kwiaty, ręce do pieszczot i pocałunków, i ręce do kajdan…
Ostry świst rozdarł powietrze, zadygotały ściany, i pociąg już dochodził, gdy skończył się korowód rąk, a Józio wyjrzał na stację.
Śnieg padał wielkiemi płatami, gęsty i mokry, peron aż się mrowił rozszwargotanym tłumem, naczelnik w czerwonej czapce i w białych rękawiczkach spacerował uroczyście, żandarmi tkwili nieruchomo, wyprostowani, niby kolumny, podpierające ten dzień, posiniały i drżący od zimna.
Pociąg przystanął, zrobił się rwetes, trzaskały drzwi, ludzie rzucili się do wagonów, konduktorzy biegali, chłopak z gazetami wydzierał się wniebogłosy, a garson we fraku, z serwetką białą na gołej głowie, leciał wzdłuż wagonów z tacą, pełną szklanek, i wołał monotonnie:
— Herbata! Kawa i herbata! Herbata!
Józio przyglądał się wszystkiemu spokojnie, ale naraz, jakby ugryziony w samo serce, szepnął ze złością.
— I poco się to, psiakrew, włóczy po świecie!