Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Marzyciel Szkic powieściowy.djvu/006

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Ktoś nachylił się gwałtownie, jakieś oczy błysnęły w okienku, i wyciągnęła się biała, ciepła ręka.
— Jakże mi pana żal!
Józio uścisnął dłoń i wytrzymał długą pauzę; zapatrzywszy się gdzieś daleko, jakby zbłąkany w zachwyceniu na lazurach zatoki, o której wspominał, wzdychał żałośnie, przegarniając jasne, kędzierzawe włosy.
Za okienkiem podniosły się gniewne głosy; przez zakurzone a miejscami pozaklejane szyby błyskały jakieś niespokojne oczy, twarze rozgorączkowane i nerwowe ruchy, cały tłum parł się do kasy, stukając coraz niecierpliwiej. Józio jakby się wreszcie przebudził, westchnął żałośnie i z melancholijnym uśmiechem wziął się do roboty; słuchał żądań, sięgał po bilety do wąskich przegródek, stemplował je, rzucał przed wyciągnięte dłonie, brał pieniądze, wydawał resztę, a wszystko robił szybko, spokojnie i z taką oszczędnością ruchów, jakby doskonale funkcjonujący automat.
A co chwila nowy głos rzucał mu jakąś nazwę stacji, co chwila nowe ręce wyciągały się z żądaniem, ale Józio tak je znał we wszystkich odmianach, że niektórym już zgóry wiedział, jaką dać klasę i dokąd; do wielu rąk uśmiechał się przyjaźnie, niektóre ściskał z uniżonością, od wielu trzymał się jakby zdaleka i z godnością, wielu udawał, że nie spostrzega, zaś od pewnych cofał się z obrzydzeniem, ale większość traktował obo-