Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Komedyantka.djvu/310

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Niech mi pani o tem nie przypomina. Ja wiem, co mnie czeka. Muszę już panią pożegnać...
— Nie odprowadzi mnie pan do samego mieszkania?
— Nie... a zresztą dobrze, ale będę mówił o... miłości! — zawołał wesoło.
— No, to już do widzenia! Niech Pan Bóg strzeże pana od takich kłamstw.
— Musiała się pani tego paskudztwa obłykać, że na sam zapach już mdłości...
— Idź już pan sobie... opowiem to panu kiedy...
Głogowski rzucił się w dorożkę i popędził na Hożą, a Janka poszła do domu.
Przymierzyła kostyum chłopski, jaki jej robiła do „Chamów“ M-me Anna i myślała z uśmiechem o tem przymierzu, jakie zawarła z Głogowskim.
Za kulisami i w garderobach czuć było dzisiejszą „premierę“.
Wszyscy schodzili się wcześniej, ubierali i charakteryzowali się staranniej, tylko Krzykiewicz, swoim zwyczajem, na-pół rozebrany, ze szminką w ręku, łaził po garderobie i po scenie.
Stanisławski, który zwykle, jeśli grał, przychodził na dwie godziny przed zaczęciem, już był ubrany i tylko co chwila się docharakteryzowywał.
Wawrzecki z rolą w ręku chodził po garderobie i przepowiadał sobie półgłosem.
Inspicyent szybciej biegał niż zwykle, a w damskich garderobach kłócono się zawzięciej; wszyscy byli bardziej rozdenerwowani. Sufler pilnował ustawiania sceny