Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Komedyantka.djvu/311

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


i patrzył na publiczność, tłumnie zapełniającą ogródek. Chórzystki w ludowych strojach, już gotowe, bo miały robić tłum, snuły się we wszystkich kierunkach.
— Dobek! — zawołała Majkowska. — Mój złoty, trzymaj mnie tylko!... Ja umiem, ale w drugim akcie, w scenie z Hrehorym, ten monolog podsuń mi pan głośniej.
Dobek kiwał głową i jeszcze nie wrócił na stanowisko, kiedy go znowu zaczepił Glas.
— Dobek! będziesz pił wódkę, co?... może chcesz jaką przekąskę?... — pytał troskliwie suflera.
— Na przekąskę każ dać piwa — odpowiedział Dobek, uśmiechając się błogo.
— Mój złoty, trzymaj mnie aby!... Ja umiem dzisiaj naprawdę, ale mogę się miejscami zaciąć...
— No, no! nie połóż się tylko sam, to już ja ci nie dam zginąć.
I tak, co chwila któraś lub któryś przybiegał, prosił, fundował wódkę, a Dobek tylko głową kiwał i obiecywał solennie wszystkich „trzymać“.
— Dobek! mnie potrzebne pierwsze słowa tylko... pamiętaj! — zakończył Topolski.
Głogowski kręcił się po scenie, ustawiał sam chatę wewnątrz, dawał informacye aktorom i niespokojnie przyglądał się parę razy pierwszemu rzędowi krzeseł, zajętemu przez przedstawicieli pras.
— Będzie mi jutro ciepło!... — szepnął do siebie.
I zaczął chodzić gorączkowo, gdyż nie był w stanie ustać, ani usiedzieć w miejscu, wreszcie wyszedł na ogródek, stanął obok jakiegoś kasztanu i przyglądał się z bi-