Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Komedyantka.djvu/298

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


—Głupstwo!... rozdenerwowałam się niepotrzebnie! — dodawała.
Ale tak łatwo nie mogła się pozbyć tych ciemnych przeczuć, co się kłębiły gdzieś pod świadomością jeszcze.
— Będę sławną!...
Uśmiechała się, powtarzając wolno i rozciągle te słowa.
— „Strzeż się pani marzeń!...“
Siedziała później i myślała nad sobą.
Przepatrywała ten cały czas, jaki była w teatrze, tak dokładnie, że widziała prawie dzień po dniu, scenę po scenie.
— Com zrobiła?... — zapytała siebie samej, obrywając prawie zwiędły bukiet Grzesikiewicza.
— Jestem w teatrze — odpowiadała.
I zarysował się znowu w jej mózgu ten cały świat, w którym żyła, i wydał się jej dziwnym, bardzo dziwnym w zestawieniu z tym swoim dawnym światem. Oglądała obydwa jakby z wysokości jakiejś i uczuła, że sama jest jakby na rozdrożu i że dwa te światy mają inne ruchy i inne centra przyciągające.
Myślała długo nad swoją przyszłością, tylko jakoś nieświadomie, bała się zagłębiać w myślach i stawiać jakieś wyraźniejsze przypuszczenia, gdyż czuła, że ją zaraz jakaś ciemność chwyta i zaczyna krępować jej myśli.
Zajęła się jakiemś szyciem i powoli myśli jej przybrały inny kierunek. Wytrzeźwiała prawie i choć myślała