Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Komedyantka.djvu/297

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Nie prawda; tego pan tam nie zobaczył!... — rzekła, wyczytawszy mu kłamstwo z oczów.
— Słowo! słowo honoru, jest tam to wszystko!... Dojdzie pani, ale przez tyle cierpień, przez tyle łez.. Strzeż się pani marzeń.
— Niechby przez wszystkie piekła, byle dojść! — powiedziała silnie, z błyskawicami w oczach.
— Niech pani pozwoli sobie służyć zawsze radą, pomocą przyjazną. Serca ludzkie są po to, żeby się wspierały wzajemnie...
I pocałował ją w rękę z szacunkiem.
— Dziękuję, pójdę sama; jeżeli będę nieszczęśliwa, to także sama. Dziękuję panu bardzo, ale litości nigdybym nie zniosła od ludzi, a pan chciałby być dla mnie litościwym...
Gwar kilkudziesięciu osób, splątany z tonami muzyki, dopłynął z dołu i wdarł się w ciszę, w jakiej się pogrążyli oboje.
Mecenas ścisnął rękę Janki i odchodząc powiedział:
— Niech pani w to nie wierzy, ale niech się pani strzeże wody!...
Siedziała jeszcze chwilę sama, targana niewyraźnemi przeczuciami, co były jakąś obawą i bólem jednocześnie, a potem zeszła na dół.
Poszła do domu, zjadła obiad, czytała nawet coś, a wciąż słyszała te przepowiednie.
— Ciekawam, co to będzie i jak?... — myślała, chodząc niespokojnie po pokoju.
— „Będzie pani bardzo sławną!... Strzeż się pani marzeń!“ — powtarzała.