Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Komedyantka.djvu/295

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Niech czekają! Cóż to, ja się będę do nich dopasowywać!
Majkowska bywała często despotyczną z kaprysu, a wtedy trzęsła teatrem i zmuszała, żeby wystawiano takie sztuki, w którychby mogła się popisywać. Cabiński ulegał, bo musiał i bał się, żeby w środku sezonu nie rozbiła mu towarzystwa swojem wystąpieniem z niego z Topolskim.
Już było po trzeciej, gdy wróciły do teatru. Próba z dzisiejszego przedstawienia była w pełni.
Cabiński chciał im coś grymasić, ale Majkowska spojrzała na niego takim miażdżącym wzrokiem, że się tylko skrzywił i odszedł.
Matka przybiegła do niej z jakimś listem. Majkowska przeczytała, nakreśliła zaraz kilka słów odpowiedzi i oddała starej.
— Niech matka to odniesie, tylko zaraz.
— Mela, a jak go nie będzie?... — zapytała stara.
— Niech matka poczeka, a oddać samemu... Ma tu matka na to...
I prztyknąwszy się w krtań po pijacku, dała jej czterdziestówkę.
Zielonkowate oczy starej rozbłysły wdzięcznością, pocałowała córkę w rękę i pobiegła.
Janka szukała Głogowskiego, ale już go nie było, więc poszła do krzeseł, do mecenasa, który z powrotem przyszedł z niemi, bo się jej przypomniało owo wróżenie kiedyś z ręki.
— Panie mecenasie... jest mi pan coś dłużnym... — zaczęła, siadając obok niego.