Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Komedyantka.djvu/294

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


I skłonił się z wyszukaną grzecznością przed Janką.
— Idzie mecenas z nami?
— Owszem, ale panie pozwolą, że ja poprowadzę.
— Zawsze zgoda.
— Proponuję śniadanie w „Wersalu“.
— Ja muszę wrócić — rzekła Janka — przecież nie skończyli jeszcze czytania sztuki.
— Skończą i bez pani. Chodźmy.
Szli wolno, bo deszcz ustał zupełnie i lipcowe słońce osuszało błoto ulic.
Mecenas się szastał, zaglądał w oczy Jance i uśmiechał się znacząco; kłaniał się znajomym i wobec młodych przechodniów przybierał minę zwycięzcy.
W „Wersalu“ było pusto. Rozsiedli się przy balustradzie i mecenas zarządził dosyć wykwintne śniadanie.
Janka żenowała się trochę z początku, ale widząc, że Majkowska zachowuje się z taką swobodą jak zawsze, odzyskała humor i nie zwracała uwagi na garsonów, ani na spoglądających z uśmiechem przechodniów.
Mecenas usługiwał tylko Jance, nie odstępował jej ani na krok i sypał komplementami, z których się Majkowska śmiała głośno. Jankę trochę to dziwiło, ale później tak się jej te zabiegi wydały komiczne, że śmiała się serdecznie razem z Melą.
Śniadanie było doskonałe, wina wyborne i słońce tak wesoło przyświecało, że czuła, iż przenika ją jakieś ciepło denerwujące i że to tak dobrze siedzieć bez troski i bez myśli żadnej i bawić się, ale swoją drogą przypomniała próbę.