Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Komedyantka.djvu/296

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Ja?... ja?... dalibóg, nie przypominam sobie... czybym...
— Obiecał mi mecenas powiedzieć to, co pan zobaczył wtedy na mojej ręce...
— Pamiętam, ale muszę jeszcze raz zobaczyć...
— Ale nie tutaj. Chodźmy już lepiej do garderoby, to nikt przynajmniej uwagi nie zwróci...
Poszli do garderoby chórzystek.
Mecenas oglądał obie jej ręce szczegółowo i dosyć długo, a wkońcu rzekł nieco zaambarasowany:
— Słowo honoru daję, że po raz pierwszy widzę takie dziwne ręce... Nie wiem doprawdy, czy...
— Ale proszę powiedzieć wszystko i absolutnie nic nie ukrywać. Widzi mecenas, choćby się śmiano ze mnie, ale powiem, że prawie wierzę w takie wróżby, jak wierzę w sny niektóre i przeczucia... Może to śmieszne, ale wierzę.
— Nie mogę powiedzieć, a zresztą, ja sam nie jestem przekonany, czy to prawda.
— Wszystko jedno, czy prawda lub nie, ale mecenas mi musi koniecznie powiedzieć, mój złoty mecenasie! Obiecuję mecenasowi solennie, że nie wezmę tego, co usłyszę, do serca — prosiła pieszczotliwie Janka, podniecona ciekawością i jakimś strachem niewytłómaczonym.
— Czeka panią jakaś choroba, jakby mózgowa... Ja nie wiem, nie wierzę w to, daję pani słowo honoru. Mówię, co widzę, ale... ale...
— A teatr? — spytała.
— Będzie pani sławną... będzie pani bardzo sławną! — szepnął prędko, nie patrząc na nią.