Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Komedyantka.djvu/288

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


kolorowo, brak mi już tchu — słabnę, wzruszenie mnie dławi, dusza mi opada kawałami — omdlewam...
Wtem — on kichać zaczyna i łzy obciera rękawem.
Przestałem mówić.
On cebulę, jaką krajał, położył, dzbanek mi w rękę wcisnął i najspokojniej mówi do mnie:
— „Przynieś-no mi wody...“
Przyniosłem.
Nalał kartofle, wstawił je na maszynkę i zapalił knot.
Nieśmiało go pytam, czy mogę przychodzić na lekcye?
— „Przychodź, przychodź!... — odrzekł. — Zamieciesz mi, przyniesiesz wody. A umiesz ty po chińsku?...“
— „Nie!“ — odpowiadam, nie wiedząc, do czego zmierza.
— „To się naucz, a jak będziesz już umiał, przyjdź do mnie; pogadamy wtedy o teatrze!“
Wyszedłem zrozpaczony, ale mnie to wcale nie ostudziło. Chwili tej nigdy w życiu nie zapomnę!...
— Nie roztkliwiaj się, na piwo już Głogowski nie poleci.
— Mówcie, co chcecie, ale tylko przez sztukę życie coś warte.
— I nie widział się pan już więcej z Rychterem? — spytała ciekawie Janka.
— Przecież nie nauczył się jeszcze po chińsku...
— Nie, nie byłem; a zresztą, jak mnie wypędzili ze szkoły, uciekłem zaraz z domu i zaangażowałem się do Krzyżanowskiego.
— Byłeś u Krzysia?...