Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Komedyantka.djvu/289

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Cały rok chodziłem z nim, z jego żoną, z nieśmiertelnym Leosiem, jego synem i jeszcze jedną krowientą: mówię.„chodziłem“, bo innych sposobów lokomocyi bardzo rzadko używaliśmy. Jeść bardzo często nie było co, ale grywać i deklamować mogłem tyle, ile tylko chciałem. Repertuar miałem ogromny. W cztery osoby grywaliśmy Szekspira i Szyllera, najcudaczniej przerobionych dla naszego użytku przez Krzysia, który, prócz tego, miał bardzo wiele sztuk własnych, o potrójnych lub poczwórnych tytułach. Krzyżanowski sam je nosił, w dużej skrzynce i nieraz na popasach mawiał, klepiąc pudło:
— Tu, albo Szekspir, albo Molier jest polski. Bieda, głupstwo!... kiedy się ma zapewnioną nieśmiertelność. Leoś, pamiętaj, co ojciec mówi!
Zaczęli się wszyscy śmiać serdecznie.
Jankę dotknął przykro ten śmiech i przypomniał jej Stanisławskiego, odezwała się więc energicznie:
— Tak bardzo nie jest śmieszną nędza i poniewierka talentu.
— O, tak, bratnia duszo! tak!... To był apostoł sztuki, geniusz bez całych butów i... okoliczności!... Szekspir podwórzowy! Talma karczemny!... — wołał patetycznie Glas.
— Hołota! bydło! szubrawcy! i licz aż do dwudziestu! — mruczał Głogowski, bo garderoba aż się trzęsła z wesołości.
— Jakie my z nim kumedye puskali, jak ja miał swoją kompanię, to ha!.. Wy i widzieć już takich nie będziecie! — rzekł gorzko inspicyent.