Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Komedyantka.djvu/050

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


że to „precz“ ojcowskie smaga ją, jak prętem żelaznym i że się oblewa krwią męki...
— Boże mój, Boże! za cóż ja jestem tak nieszczęśliwa?... — zawołała później.
Kręska, która wszystko słyszała, przybiegła do niej; ze łzami w głosie zaczęła ją pocieszać, lecz Janka odsunęła ją łagodnie. Nie tego jej było potrzeba: nie takich słów i nie takiej pociechy.
— Ojciec mnie wypędził... muszę wyjeżdżać... — rzekła, dziwiąc się w duszy tym krótkim dźwiękom, które zamykały w sobie tak wiele.
— Ależ to niemożebne!... Ojciec da się przeprosić...
— Nie; nie zostanę już tutaj dłużej. Dosyć mam męki, dosyć...
— Pojedzie pani do wujów?
Janka się zamyśliła na chwilę, lecz nagle jej twarz posępna rozjaśniła się blaskiem stanowczości.
— Pojadę do teatru. Stało się!
Kręska spojrzała na nią, zdziwiona niby, i zaczęła jej odradzać.
— Niech mi pani pomoże pakować rzeczy. Pierwszym pociągiem odjadę...
— Osobowy teraz nie idzie do Kielc.
— Pojadę do Strzemieszyc, a stamtąd drogą wiedeńską do Warszawy.
— Niechże się pani namyśli jeszcze... taki krok, to na całe życie. Można później żałować...
— Stało się!... Już tak musiało się stać, to i nie będzie inaczej.
I zaraz spiesznie, nie odpowiadając na uwagi