Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Komedyantka.djvu/049

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Orłowski z taką siłą rzucił krzesłem o ziemię, że się rozleciało w kawałki; rozerwał sobie kołnierz koszuli, bo go dusił spazm wściekłości i, z poręczą w ręku rzucił się do Janki, by ją uderzyć, ale jej zimny, prawie pogardliwy wyraz twarzy, oprzytomnił go w jednej chwili. Odrzucił od siebie tę poręcz.
— Precz!!... — wrzasnął wskazując drzwi — precz!... słyszysz? Wypędzam cię na zawsze z mego domu!... Nie przestąpisz nigdy tego progu, póki żyć będę, bo cię zabiję, jak psa wściekłego i wyrzucę za bramę!... Nie mam już córki!...
— Dobrze, pójdę precz... — odpowiedziała machinalnie.
— Nie mam już córki! Nie chcę cię znać, nie chcę słyszeć o tobie!... zgiń... Zabiję!... zabiję!... — krzyczał, biegając po pokoju, jak szalony.
Jego waryactwo wybuchało teraz w całej sile.
Wybiegł potem z mieszkania, i widziała przez okno, jak leciał do lasu.
Siedziała głucha, niema, zlodowaciała... Spodziewała się wszystkiego, ale nigdy, że ją wypędzi z domu, własny ojciec Poczuła straszny ból do niego, ale ani jedna łza nie błysnęła w jej oku. Oglądała się nieprzytomnie, bo wciąż słyszała ten chrapliwy krzyk: „precz! precz!“
— Pójdę precz, pójdę... — odpowiadała pokornym, złamanym głosem przez łzy, które jej zalewały serce — pójdę...
Było jej jednak tak ciężko, tak strasznie ciężko na duszy, że siedziała zamierając z bólu: zdawało się jej,