Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Komedyantka.djvu/048

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Wyjdziesz za Grzesikiewicza; ja ci to mówię, ja twój ojciec, rozkazuję ci to zrobić!... Usłuchasz mnie natychmiast, bo cię zabiję!...
— Dobrze, niech mnie ojciec zabije, ale nie usłucham.
— Wypędzę cię z domu!... — krzyczał już głośno, odzyskując siły i ściskając nerwowo poręcz krzesła.
— Dobrze!
— Wyrzeknę się ciebie!
— Dobrze! — odpowiadała coraz silniej.
Czuła teraz, że z każdem słowem ojca dusza jej twardnieje i nasyca się coraz większą stanowczością.
— Wypędzę cię!... słyszysz?... i choćbyś konała z głodu, choćbyś skomliła u drzwi, nie wpuszczę, nie zechcę nigdy wiedzieć o tobie!...
— Dobrze...
— Janka! ty mnie nie doprowadzaj do ostateczności. Ja cię proszę, idź za Grzesikiewicza, moja córko, dziecko moje!... przecież to dla twojego dobra, ja chcę tego małżeństwa. Nie masz nikogo oprócz mnie na świecie; ja jestem stary... umrę... zostaniesz sama, bez opieki, bez utrzymania... Janka, tyś mnie nigdy nie kochała!... Żebyś ty wiedziała, jaki ja jestem przez całe życie nieszczęśliwy, tobyś się ulitowała!... — prosił, ale w głosie miał akcenta krzyku i groźby.
— Nie!... nigdy!... — odpowiedziała, nie poruszona ani na chwilę jego prośbą i skargami.
— Ostatni raz cię pytam! — krzyknął onieprzytomniony jej odpowiedzią.
— Ostatni raz mówię, że nie!