Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Komedyantka.djvu/047

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


wyszedł — i jeszcze miała w mózgu dźwięki jego słów, gdy wszedł do pokoju Orłowski.
Spotkał się z Grzesikiewiczem na schodach i z jego twarzy dowiedział się o wszystkiem.
Janka aż krzyknęła ze strachu, tak ojciec zmienił się strasznie. Twarz miał brudno-siną, oczy wysadzone, głowa mu się trzęsła jakimiś poprzecznymi ruchami.
Usiadł przy stole i cichym, przyduszonym głosem zapytał:
— Co powiedziałaś Grzesikiewiczowi?
— To, co mówiłam ojcu wczoraj, że go nie kocham i nie pójdę za niego — odpowiedziała śmiało, ale się zlękła tej cichości i pozornego spokoju, z jakim ojciec przemawiał:
— Dlaczego? — rzucił krótko, jakby nie rozumiejąc.
— Powiedziałam: nie kocham i nie chcę wcale wyjść za mąż.
— Głupiaś!... głupiaś!... głupiaś!... — syczał przez zaciśnięte zęby i podnosił się zwolna z krzesła.
Patrzyła na niego spokojnie i dawna jej zaciętość wracała.
— Powiedziałem, że pójdziesz za niego... dałem słowo, że pójdziesz za niego, to pójdziesz!
— Nie pójdę!... nikt mnie nie potrafi zmusić!... — odpowiedziała ponuro, z mocą patrząc się w błyszczące oczy ojca.
— Zaciągnę cię do ołtarza. Zmuszę cię!... musisz!... wołał głucho.
— Nie!