Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Komedyantka.djvu/046

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Panno Janino, błagam o odpowiedź!... Niech pani pomyśli, że odmową zabija pani mnie, matkę moją, ojca, wszystkich...
— Wolałbyś pan, żebym ja się zabiła dla wszystkich! — odpowiedziała chłodno i usiadła z powrotem.
— A!!... — wyrwało mu się z gardła i odchylił głowę nieco w tył, jakby z obawy, że sufit runie natychmiast.
Machinalnie zerwał rękawiczki z rąk, podarł, a raczej poszarpał je i rzucił na podłogę, zapiął surdut na wszystkie guziki, a wreszcie siląc się na spokój, powiedział:
— Żegnam panią... ale... że zawsze... że wszędzie... że nigdy... — szepnął z trudem, pochylił głowę i szedł ku drzwiom.
— Panie Andrzeju!... — zawołała silnie.
Grzesikiewicz odwrócił się ode drzwi z jakimś błyskiem nadziei w oczach.
— Panie Andrzeju — mówiła prosząco — nie kocham pana, ale go szanuję... nie mogę wyjść za pana, nie mogę... ale zawsze... będę o panu wspominać, jak o człowieku szlachetnym. Pan mnie rozumie, iż to byłoby podłością iść za człowieka niekochanego... Pan się brzydzi obłudą i kłamstwem — i ja go nienawidzę. Przebaczy mi pan, ale ja sama cierpię... sama także nie jestem szczęśliwą... o nie!...
— Panno Janino... gdybyś tylko... gdybyś...
Spojrzała na niego tak boleśnie, że zamilkł i wyszedł wolno.
Janka siedziała jeszcze, patrząc na drzwi, któremi