Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Komedyantka.djvu/021

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


złotawą, niby brzoskwinia, głos dziwny; był to alt, brzmiący chwilami barytonem, o męskich akcentach.
Skinęła ojcu głową i usiadła z drugiej strony stołu.
— Był Grzesikiewicz dzisiaj u mnie — odezwał się zawiadowca, wolno rozlewając wszystkim zupę, bo on sam zawsze dzielił i rozlewał przy stole.
Janka spokojnie spojrzała na niego, czekając, co dalej powie.
— Był i prosił mnie o rękę twoją, Janiu.
— Cóż mu pan naczelnik powiedział? — zawołała prędko Kręska.
— Jest to nasza sprawa — odpowiedział surowo. — Nasza sprawa... odpowiedziałem, że dobrze; będzie tutaj jutro na obiedzie, no i rozmówicie się...
— Niepotrzebnie! Kiedy mu ojciec powiedział, że dobrze, to niechaj go sobie ojciec jutro przyjmuje i powie ode mnie, że właśnie jest niedobrze... Nie chcę z nim mówić. Pojadę jutro do Kielc! — odpowiedziała porywczo Janina.
— Wlazł na gruszkę, rwał pietruszkę, cebula się rodzi!... przysięgam Bogu! — odpowiedział pogardliwie. — Gdybyś nie była fiksatką, tobyś zrozumiała, co to za człowiek i co to za partya!... że Grzesikiewicz, choć cham, więcej wart dla ciebie od książąt, bo cię chce... a chce cię, bo jest głupi; nie taką mógłby dostać!... Powinnaś mu być tylko wdzięczną. Oświadczy ci się jutro i za miesiąc będziesz Grzesikiewiczową.
— Nie będę Grzesikiewiczową! Kiedy może sobie wziąć inną, niech sobie bierze...
— Przysięgam Bogu, będziesz Grzesikiewiczową!