Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Komedyantka.djvu/020

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Cóż robicie na obiad? — zapytał tym samym inkwizytorskim tonem.
— To, co pan naczelnik tak lubi: potrawka z kurcząt z sosem, zupka szczawiowa, kotleciki...
— Zbytki!... przysięgam Bogu, zbytki!... Zupa i jedno mięso, dosyć chyba dla samego nawet króla! Zrujnujecie mnie, przysięgam Bogu!...
— Ależ, panie naczelniku... umyślnie tylko dla pana dobrodzieja taki obiad kazałam robić.
— Blaga! przysięgam Bogu, blaga... Wam, kobietom tylko w głowach frykasiki, słodyczki, delikatesiki i nic więcej. Wszystko to tylko fiu! fiu!
— Niesłusznie pan naczelnik nas sądzi; oszczędzamy zwykle więcej niż mężczyźni.
— Aha! oszczędzacie, żeby sobie później kupić więcej łachów. Znam to, przysięgam Bogu!
Kręska nie odpowiedziała, tylko zaczęła nakrywać do obiadu.
Weszła Janka.
Było to dziewczyna dwudziestodwuletnia, wysoka, doskonale zarysowana, o szerokich ramionach, spojrzeniu dumnem i imponującem. Rysy miała niezbyt regularne; oczy czarne, czoło proste, trochę za szerokie, brwi ciemne, silnie zaznaczone, nos rzymski, usta pełne i czerwone. Oczy miały wyraz głęboki, jakiegoś wewnętrznego zapatrzenia się w siebie; usta zacinała mocno, co jej nadawało pozór powagi lub złości ukrytej. Dwie zmarszczki głębokie chmurzyły jej jasne czoło. Blond włosy o rudawym odcieniu, przepyszne jako ton, napuszone, osłaniały niby koroną jej głowę okrągłą i małą. Płeć miała