Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Komedyantka.djvu/022

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Nie! Nie tylko za niego, za nikogo nie pójdę! Nie pójdę wcale za mąż, nie chcę!...
— Głupiaś! — przerwał jej brutalnie. — Pójdziesz, bo potrzebujesz jeść, mieszkać, ubierać się jakoś, być czemś... Ja nie myślę się do reszty zrujnować... a jak mnie zbraknie, to co?...
— Mam swój posag; dam sobie radę i bez Grzesikiewiczów. Aha, więc ojciec chce mi przez to zamążpójście zabezpieczyć utrzymanie tylko!... — szydziła, spoglądając na niego wyzywająco.
— Tak, przysięgam Bogu!... a dla czegóż innego kobiety wychodzą za mąż?...
— Wychodzą z miłości i wychodzą za tych, których kochają.
— Głupiaś, mówię ci! — krzyknął energicznie, nabierając sobie potrawki. — Miłość, to tylko ten sos, kurczę się zjada i bez niego; sos, to wymysł, głupstwo, nowy przesąd!
— Nikt się nie sprzedaje pierwszemu lepszemu dlatego tylko, że ten ma na utrzymanie!
— Głupiaś, przysięgam Bogu! Wszystkie tak robią, wszystkie się sprzedają. Miłość, to jest pensyonarskie gadanie, głupstwo, przysięgam Bogu! Nie irytuj mnie...
— Tu chodzi nie o irytacyę, albo o to, czy miłość jest głupstwem lub nie jest; idzie tu o moją przyszłość, którą ojciec dowolnie się rozporządza. Powiedziałam już ojcu wtedy, kiedy Zielenkiewicz mi się oświadczył, że nie myślę wcale iść za mąż.
— Zielenkiewicz, to tylko Zielenkiewicz, a Grzesikiewicz, to pan całą furą; chłop, do rany choćby przy-